Nasze opinie

Blog-Image 20.08.2024
książki
Czas czytania 4 min
Cleur Flancheska

Joseph Conrad Jądro ciemności

W XIX wieku na Ziemi wciąż istniało wiele białych plam, które nie zostały jeszcze zbadane przez europejskich kolonizatorów. Nie było satelitów ani dronów, które mogłyby pozwolić ludziom zobaczyć, co dzieje się w lasach Amazonii czy w głębinach Afryki. Himalaje, nieskończone pustynie Sahary i Australii skrywały i wciąż skrywają niektóre swoje tajemnice. Nie zapominajmy też o naszej ulubionej białej plamie — Antarktydzie. Jednak rozwój nauki i przemysłu pchał przedsiębiorców i badaczy do coraz głębszego poznawania nieznanych obszarów planety. A ponieważ literatura odzwierciedla rzeczywistość, nie bez powodu w tym czasie pojawiła się ogromna ilość literatury przygodowej, a wraz z nią również półmistyczna i horrorowa. Cóż, dziś rozpostrę swoje mentalne wampirze skrzydła i wybiorę się do Afryki wraz z Josephem Conradem i jego książką „Jądro ciemności”.

Co ciekawe, jest to dość autobiograficzna książka. Urodzony w Berdyczowie, mieszkaniec Warszawy, Józef Teodor Konrad Korzeniowski przez długi czas pracował we francuskiej i brytyjskiej flocie handlowej. W 1890 roku podpisał kontrakt z belgijską kompanią handlową i wyjechał do Konga, gdzie osobiście obserwował wszystko, co się tam działo. To doświadczenie stało się podstawą jego książki.

Wolne Państwo Kongo

Aby zrozumieć fabułę, warto przypomnieć sobie, co działo się w Kongu w tamtych czasach. Do połowy XIX wieku Kongo pozostawało ciemną, zagadkową plamą na mapie Afryki. Choroby, opór plemion zamieszkujących dżungle i brak informacji o bogatych złożach utrudniały nawet badania, nie mówiąc już o kolonizacji. Jednak tym terenem zainteresował się król Belgii, Leopold II, który chciał mieć własne posiadłości. W 1884 roku w Berlinie pod przewodnictwem Otto von Bismarcka odbyła się konferencja, na której faktycznie rozstrzygnięto los wszystkich afrykańskich kolonii. Tymczasem terytorium Konga pozostało neutralne, zarządzane przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Konga, którym... BINGO, kierował Leopold II. To właśnie on zaprosił dużą liczbę firm handlowych zgodnie z ustaleniami.

Co tak naprawdę przyciągnęło belgijskiego króla? Kość słoniowa, miedź i diamenty, a później także plantacje bawełny. Jednak głównym zasobem stał się kauczuk, którym obfitowały dżungle Konga. Firmy handlowe dość szybko podporządkowały sobie miejscową ludność, wykorzystując silniejsze plemiona do atakowania słabszych. Choć niewolnictwo zostało oficjalnie zakazane na konferencji berlińskiej, nie przeszkadzało to kolonizatorom brutalnie wykorzystywać Kongijczyków. Dochodziło do strasznych okrucieństw i morderstw, brania kobiet i dzieci jako zakładników. Kolonizatorzy nie przejmowali się losem tych, którzy już nie mogli pracować. Dla kontroli tworzono grupy paramilitarne, będące zalążkiem współczesnych prywatnych firm wojskowych.

Akwarela nieznanego autora. Muzeum Kultury Azjatyckiej, Afrykańskiej i Amerykańskiej w Pradze

Fabuła i główny bohater

Fabuła jest dość prosta. Kapitan parowca belgijskiej kompanii handlowej, Marlow, płynie rzeką Kongo do serca Afryki. Jego zadaniem jest sprowadzenie najbardziej skutecznego agenta handlowego, Kurtza, który zajmował się zbieraniem i dostarczaniem kości słoniowej. W trakcie podróży Marlow widzi wszystkie okropności wojny kolonialnej, odwiedza osady handlowe i obserwuje życie Kongijczyków.

Afryka dla Marlowa to kraj równie tajemniczy, jak dla nas np. Mars. W pewnym sensie fascynują go dźwięki z dżungli, odległe bębnienie — przejawy innej, wówczas tajemniczej kultury. Jednak nie można powiedzieć, że Marlow jest w jakiś sposób zaskoczony życiem tubylców czy stosunkiem pracodawców do Afrykanów; raczej tylko obserwuje te brutalne obrazy. Głównego bohatera bardziej przyciąga osobowość głównego celu podróży — Kurtza. Te uczucia ewoluują od powierzchownego zainteresowania do szczerego podziwu, w miarę jak zbliża się do końcowego celu.

Kurtz

Kurtz nas rozczarowuje. Oczekujemy dramatycznej rozgrywki, spodziewamy się, że Kurtz okaże się autorytatywną osobą, charyzmatycznym przywódcą, który jednym ruchem ręki zarządza całymi narodami. Książka przygotowuje nas na coś niezwykłego, jak „Wyspa skarbów” przygotowuje nas na walki i przygody w trakcie żeglugi.

Zamiast tego widzimy chorego, praktycznie umierającego człowieka, za którym ciągnie się cień jego dawnych zwycięstw w postaci popularności wśród miejscowej ludności oraz okrucieństw, które były wykonywane na jego rozkazy. Ale… nie widzimy tej osoby, na spotkanie z którą byliśmy przygotowywani. Ba, co więcej, w momencie spotkania w chorym Kurtzu rozdzierają się dwa pragnienia: powrót do ojczyzny, do dawnego życia, albo pozostanie w nowym świecie, świecie, który Kurtz stworzył dla siebie, dostosował do siebie i stanął na jego czele. W Londynie czeka na niego żona, kto wie, czy ukochana. Tutaj, w Afryce, ma kobietę, która uwielbia tego przedsiębiorczego i kiedyś przerażającego człowieka. Nie każdy ma taki dar, ale wielu czeka taki koniec.

„Zgroza! Zgroza!” — kto wie, co dręczyło Kurtza w ostatnich chwilach życia; czy był to spóźniony żal za popełnionymi czynami, czy świadomość ogólnej sytuacji, czy może żal, że musi porzucić dzieło swojego życia. Jedno jest pewne: Kurtz opuszczał ten świat w bardzo niespokojnym stanie ducha. Jego serce pogrążyło się w prawdziwej ciemności.

Co z konfliktami?

W książce praktycznie nie ma dużych konfliktów. Jest główny bohater, który w drodze do celu chłonie plotki o Kurtzu i jest wrażliwy na wrażenia z podróży w głąb tajemniczej krainy. W książce nie ma zindywidualizowanego antagonisty, jest tylko zadanie do wykonania i konieczność pokonania własnych obaw oraz aurę tajemniczej, nieznanej głębi kontynentu. Marlow jedynie obawia się swoich towarzyszy — kanibali, którzy mogliby posmakować białych ludzi na pokładzie starego parowca.

Antagonistą można by uznać bezlitosną eksploatację i protekcjonalne podejście kolonizatorów do miejscowej ludności, gdyby chociaż jeden z bohaterów książki spróbował się temu przeciwstawić. Afrykanie są pokazani już moralnie złamani, obojętni na swój los i życie. Jedynym przypadkiem oporu jest atak strzałami, a nawet tutaj autor daje nam wiele wskazówek, kto mógł stać za atakiem na parowiec. Jeśli jednak celem Josepha Conrada było pokazanie ciemności, która miała miejsce w sercu Afryki, to udało mu się to znakomicie.

Ekranizacje

„Jądro ciemności”, mimo pozornej prostoty, stało się książką, którą przez długi czas uważano za trudną do ekranizacji. Wydawałoby się: oto masz dżunglę, oto ludzi, bierz i kręć swoje road-movie. Ale jak przedstawić ciemność w sercach ludzi? Jak to dobrze uchwycić? Metodami i stylistyką kina rozrywkowego nie dało się tego zrobić.

Dopiero w latach 70. Francis Ford Coppola podjął próbę spojrzenia na powieść z nowej perspektywy, przenosząc jej akcję na Półwysep Indochiński. „Czas Apokalipsy” to nie tylko klasyka kina, to także metafizyczny, poetycki film o ciemności w sercach ludzi. Ten film nie jest dosłowną ekranizacją, ale dokładnym przedstawieniem ducha pierwowzoru.

Tagi

Afryka