Nasze opinie

Blog-Image 25.05.2024
książki
Czas czytania 2 min
Cleur Flancheska

Eugenia Kuzniecowa. Nim dojrzeją maliny


Cześć, cześć, zbliża się lato, a wielu z nas wspomina dni spędzone na wakacjach na wsi u dziadków lub innych krewnych. Im jesteśmy starsi, tym bardziej chcemy wrócić do tamtych czasów, albo przynajmniej przeżyć trochę tych samych dziecięcych wrażeń. Każde pokolenie ma swoje własne wspomnienia: ktoś jeździł na rowerze albo kąpał się w stawach i rzekach, ktoś pracował w gospodarstwach, ktoś czytał książki, a ktoś inny uciekał z „zesłania” do nowych światów, które były dostępne tylko w dziecięcej wyobraźni. Teraz czasy są trudne, i nie każdy ma możliwość powrotu do miejsca odpoczynku swojego dzieciństwa. Dlatego pozostaje wziąć książkę Eugenia Kuzniecowej „Nim dojrzeją maliny”, zaparzyć sobie kawę, a w moim przypadku jeszcze naostrzyć kły, i czytać, czytać, czytać.

Bohaterki i fabula

Na samym początku książki razem z siostrami Mieczką i Lileczką przybywamy do przestronnego, dużego wiejskiego domu. Kiedyś zbierała się tu duża rodzina, przychodzili pewnie też inni krewni, na podwórku słychać było gwar dzieci, a część gospodarcza rozbrzmiewała dźwiękami: pianiem koguta, gęganiem, muczeniem, chrumkaniem i innymi charakterystycznymi odgłosami. Teraz w tym domu mieszka tylko ich 96-letnia babcia razem z kotem, a wnuczki przyjeżdżają nie tylko odwiedzić babunię, ale także zrobić przerwę i podjąć jakieś decyzje. Dlatego rodową posiadłość zaczęto nazywać „schroniskiem dla przegranych”.

Później dołącza do nich kuzynka Marta, w ciąży z bliźniakami, matka sióstr, pojawia się również były chłopak Lileczki ze swoją małą córką Lucią, a także masa innych ludzi. Siostry uprawiają dynie, chcą odnowić stary sad jabłoniowy, wyremontować starą werandę i — co najważniejsze — podjąć pewne decyzje. Czy je podejmą, i jakie konkretnie — dowiecie się bliżej końca książki. Czyta się ją lekko, odbiera przyjemnie, czasami wydaje się, że samemu jest się, jeśli nie kuzynką, to przynajmniej sąsiadką, która zna sprawy całej rodziny. Mogłabym jeszcze porównać tę książkę do „Stu lat samotności” Marqueza, gdzie opowiadana jest historia kilku pokoleń jednej rodziny.

Ciekawostki

Szczególnie zainteresował mnie dom rodziny. Sądzę po jego rozmiarach i dwóch wyjściach, że przypomina te, które budowano przed przewrotem bolszewickim i należały do zamożnych rodzin. Czasami spotyka się takie domy na wsiach. Jest on także nieco oddalony od innych — autorka wspomina o tym, gdy odwiedza ich sąsiadka pani Darocha. Mieszka ona po drugiej stronie rzeki i aby przyjść w gości, musi „przejść przez coś, co kiedyś było ulicą, potem przez brzeg, potem przez mostek, ogród”. Możliwe, że inne domy z czasem zniknęły z mapy, jak to się dzieje we współczesnych wsiach.

W książce jest wiele detali, elementów życia codziennego, takich jak lustro, „rundelik”. Starsze pokolenie stanowczo sprzeciwia się pracom budowlanym i remontowym w święta religijne. To sprawia, że książka jest bardzo żywa i ciekawa.

Jednak w książce są wyraźne problemy z czasem. Oto młode kobiety wraz z babcią siedzą pod kwitnącą wiśnią i słuchają żab (początek maja), a oto planują sadzenie dyń, i prawie natychmiast dojrzewa porzeczka (koniec czerwca i lipca). Przy czym w ich przypadku w jakiś cudowny sposób porzeczka dojrzewa przed czereśniami (zwykle jest odwrotnie). Autorka pisze o trzech miesiącach, jednak biorąc pod uwagę okres od kwitnienia wiśni (druga połowa kwietnia) do dojrzewania dyń (koniec sierpnia), to faktycznie są to cztery miesiące.

Sam finał wydaje mi się mniej urokliwy. Trochę zamienia się w rozgardiasz, ale jest to uzasadnione. Na wsi życie jest spokojne, a codzienna rutyna mało zainteresuje czytelników, nawet mimo ukrytych pasji za ścianami każdego domu. Więc nie bez powodu pojawiają się goście z różnych krajów. Fantasmagoria? Cóż, kto z nas nie marzył o czymś takim w dzieciństwie?

Podsumowując, chcę polecić wam tę książkę do waszej biblioteki, czytajcie, wspominajcie z nostalgią, cieszcie się!