Czerwony Kapturek Prawdziwa historia
Las sam się nie kręci!
Co może być lepszego po ciężkim dniu w pracy niż obejrzenie dobrej, zabawnej komedii animowanej. W zeszły piątek miałam ochotę obejrzeć stary film „Hoodwinked!” (Prawdziwa historia Czerwonego Kapturka). Wiele lat temu ta kreskówka stała się jedną z pierwszych niezależnych projektów, który wypłynął na fali sukcesu „Shreka” (Dreamworks) oraz „Toy Story” – efektu współpracy Disneya i Pixara.
„Hoodwinked!” – to reinterpretacja europejskiej opowieści o „Czerwonym Kapturku”. W lesie przypominającym europejski są sporo znanych cukierni. Ich wyroby cieszą się ogromną popularnością. Najsłynniejszą z nich należy do Babci Puckett. Nagle pojawia się złodziej, który kradnie przepisy cukiernicze. Właścicieli zmuszone do zamknięcia swoich zakładów. I to strasznie martwi Czerwonego Kapturka, wnuczkę Babci Packet. Ona bierze rodzinną książkę z przepisami, którą z jakiegoś powodu trzyma u siebie, i jedzie do babci. Po serii przygód Czerwony Kapturek dociera do chaty swojej babci, gdzie spotyka z wilkiem. Odbywa się klasyczny dialog o oczach i zębach, scena kończy się nagłym najazdem drwala z siekierą.

Chyba każdy zna finał tej bajki. Ale to dopiero początek. Przyjeżdża policja i rozpoczyna śledztwo. Obejrzymy kilka wersji tej historii: Czerwonego Kapturka, Wilka, Drwala i wreszcie Babci Puckett. I wreszcie bingo, znajdziemy złodzieja!
Najbardziej mi się podoba w tej kreskówce ogólna, zabawna atmosfera, bardzo charakterystyczne postacie i podtekst społeczny, który naprawdę uwielbiam. Widzimy tu przestępstwa gospodarcze, kiepskie metody działania dziennikarzy, kpinę z policji, a nawet parodię na klasyczny europejski kryminał autorstwa Agathy Christie czy Georgesa Simenona. Moje serduszko skradły babcia, jest naprawdę bardzo fajna, kocham ją! Przypadli mi do gustu detektyw i trzy świnki. Wilk i jego pomocnik wiewiórka Wiercik, któremu nie wolno pić kawy, są cudowni. Natomiast Czerwonemu Kapturku czegoś brakuję, jakiejś innej cechy obróć bycia nastolatką, której się marzy zobaczyć świat.

Może animacja nie jest na najwyższym poziomie – nie warto stawiać zbyt dużo wymagań do projektu indie. W niektórych miejscach można byłoby postarać się lepiej. Ale ogólny fajny klimat ratuje te mankamenty, tak że można przymknąć oczy na te uproszczenia grafiki. Muzyka zapada w pamięć, w przeciwieństwie do większości ścieżek dźwiękowych z amerykańskich produkcji animowanej, o których zapomina się natychmiast po obejrzeniu. Dodałam do ulubionych piosenki Kapeluszka, kozła i jodłowanie drwala.

W odróżnieniu od produkcji Dreamworks, „Hoodwinked!” nie bardzo dąży w kierunku toaletowego humoru, lecz skupia się na połączeniu kryminału z akcją w stylu Disneya. Od “Shreka” jedynie zapożyczył pomysł zaangażowania postaci z bajek. Kiedy po raz pierwszy obejrzałam „Hoodwinked!”, myślałam, że to produkcja jakiegoś europejskiego studia. Recenzje krytyków były dość różnorodne. Nie jest to zaskakujące, ponieważ wszyscy spodziewali się standardowej bajki dla dzieci z księżniczką, jednorożcami i jakimś ogrem. Natomiast otrzymaliśmy niestandardową historię detektywistyczną z nieoczywistym głównym złodziejem.
Moja ocena to 8 na 10, według mnie „Hoodwinked!” w pewnym sensie jest na wyższym poziomie od wielu podobnych z tamtych czasów. Fabuła będzie bardziej zrozumiała dla dorosłych niż dla małych dzieci.
Więc, polecam!
