Libuše

Czas czytania 10 min

Libuše

Lipiec 2016

— Słuchaj, Miriam, po co ty mnie tu wyciągnęłaś smażyć się pod słońcem na tym Vyšehradzie! Leżałabym sobie w domu pod klimą i czytała „Mo Dao Zu Shi”. Wiesz, jaki tam jest świetny Wei Wuxian?!

Czarnowłosa dziewczyna spojrzała z ukosa znad okrągłych okularów na przyjaciółkę — jasnowłosą, krępą, okrągłolicą sąsiadkę, która z zadowoleniem wystawiała twarz do letniego słońca — zamknęła tomik poezji Baudelaire’a i powiedziała:

— Delacroix, nie marudź! Przecież chcesz jechać na koncert Versailles do Warszawy? Zaraz przyjdzie, a potem wyskoczymy do kawiarni.

— No dobrze, dobrze! — pierwsza dziewczyna potrząsnęła lokami i wsunęła nos w japoński magazyn Kera. Po chwili sięgnęła po telefon. — Ale oni mają zwroty, jak to w ogóle przetłumaczyć?!

Dziewczyny siezały sobie na ławce między starą kamienną rotundą a kaplicą. Stąd dobrze było widać drogę ginącą w koronach drzew. Grupa turystów prowadzona przez przewodnika pewnym krokiem zmierzała ku sercu Vyšehradu — kościoła świętych Piotra i Pawła. Przewodnik wymachiwał parasolką i coś opowiadał bardzo dociekliwej kobiecie. Turyści na końcu wyglądali marnie — zapewne chlali do rana w jakiejś knajpie w centrum Pragi.

— O, idzie! — Miriam wstała i poprawiła czerwoną sukienkę na ramiączkach.

Delacroix rzuciła tylko szybkie spojrzenie spod bonneta, nawet nie myśląc o wstawaniu — położyła jedynie magazyn na spódnicę sukni gęsto pokrytej printami wiśni.

Na tej samej drodze na dole rozglądała się jasnowłosa dziewczyna ubrana w szeroką białą spódnicę z czarną narzutką, wydłużoną niewielkim krynolinem z halką, oraz białą bluzkę z kokardą z przodu. W rękach trzymała przezroczystą transporterkę z ball-jointed doll w środku, a przez ramię miała plecak z dużymi skrzydełkami.

Miriam machnęła ręką, dziewczyna zauważyła ich i ruszyła w stronę pobliskich schodów. Po chwili znalazła się przy ławce i przywitała się:

— Ahoj, Miriam! Mam na imię Clarice — zwróciła się do jasnowłosej dziewczyny.

— Ahoj, Clarice! Poznaj moją najlepszą przyjaciółkę, Delacroix — Miriam i dziewczyna wykonały dygnięcie.

Delacroix wstała i wyciągnęła rękę, lekko kiwając głową. Obie były podobnego, dość wysokiego wzrostu i nieco górowały nad drobną Miriam.

— Już się spotkałyśmy. Jesienią, kiedy chodziłyśmy do Lucerny na wystawę Doll Prague.

— Czekaj! — oczy Miriam rozszerzyły się, co wyglądało nieco komicznie przez jej okrągłe okulary. — To ty byłaś tą dziewczyną, która kupowała lalki wprost ze stoisk?!

— Tak, to ja. Oto jedna z nich — Clarice lekko potrząsnęła torbą. — Chciałabym zrobić zdjęcia. Tylko nie wiem, gdzie tu są ładne widoki.

Miriam schowała książkę do skórzanego plecaka i powiedziała:

— Chodź, pokażę ci fajne miejsca, a potem zajrzymy do kawiarni.

— Zgoda!

Dziewczyny rozejrzały się i ruszyły przed siebie. Przy kaplicy z napisem „Ave Maria” wspięły się na wał i poszły wzdłuż kamiennego parapetu, oglądając widoki. Gdy metalowe ogrodzenie się skończyło, Clarice wdrapała się na parapet i poszła równolegle do dziewczyn, podziwiając panoramę Nowego Miasta Pragi, co jakiś czas odwracając się w stronę ogromnego masywnego Mostu Nuselskiego. W pewnym momencie, gdy w oddali odsłonił się w całej krasie Pražský hrad, wyprostowała się, wyciągnęła ręce i z patosem w głosie powiedziała:
— Widzę miasto wielkie, którego sława sięga gwiazd na niebie!
— Co? — dziewczyny na dole spojrzały po sobie.
— Czy to nie stąd księżna Libuše przepowiedziała wielkość Pragi? Czytałam na Wikipedii!

Wodok na Pragę

Miriam poprawiła okulary:

— W rzeczywistości tę legendę po raz pierwszy wspomniał Kosmas z Pragi, później podchwycili ją działacze odrodzenia narodowego, zwłaszcza Alois Jirásek. Uważali, że Libuše, córka księcia Kroka, rzeczywiście miała tu swoją siedzibę. Niezbyt długo, bo jej ojciec przyszedł tu z góry Říp, a stąd ona później sama przeniosła się do nowo założonego grodu. Ale archeolodzy nie znaleźli żadnych śladów wczesnoczeskiej osady na Vyšehradzie. Najwcześniej jakieś pozostałości z X wieku, i to raczej jego końca.

Clarice rozczarowana patrzyła z góry na dziewczyny. One właśnie dotarły do schodów prowadzących na niewielki kwadratowy fragment parku z konnym pomnikiem. Dziewczyna dość sprawnie zeskoczyła z parapetu i oparła się o niego.

— A szkoda, legenda jest naprawdę bardzo ładna!

Obok niej o kamień oparła się Delacroix:

— Nie ma dymu bez ognia — tak sobie myślę. Po tamtej stronie Vyšehradu jest Źródło Libuše, tam — machnęła ręką w stronę kościoła — nad skałami są Łaźnie Libuše. To czemu by księżna nie miała istnieć naprawdę, skoro jest tu tyle łądnych nazw?

— Mogli je wymyślić ci sami działacze odrodzenia narodowego. Myślę, że tak właśnie było — zaprotestowała Miriam. — Tak samo ludzka wyobraźnia zaludniła Pragę duchami i ognistymi szkieletami.

— Jest z ciebie straszna materialistka! — skrzywiła się Delacroix.

— Jestem przede wszystkim naukowczynią! I do wszystkiego podchodzę z naukowego punktu widzenia! Istnienie Libuše nie jest historycznie udowodnione!

Delacroix położyła ręce na biodrach — strasznie przypominała Molly Weasley, gdy ta strofowała swoje dzieci.

— Latimeria też nie istniała. I słońce krążyło wokół ziemi! A w ogóle ziemia jest płaska!

— O co ci chodzi?

— O to, że jeśli mamy tylko mgliste echa czegoś, to nie znaczy, że to nigdy nie istniało! Kościoła świętych Piotra i Pawła na pewno nie postawiono na pustym miejscu. A ktoś kopał pod nim? A pod dziekanatem kościelnym tam?! — Delacroix wskazała palcem. — Zresztą twierdza została wykopana nie w powietrzu, są tam tunele i wielkie sale. Ślady tej osady Libuše po prostu zniszczono, rozkradziono albo wyrzucono.

Miriam zacisnęła usta i rzuciła:

— Idźmy dalej!

Zeszły na plac z konną rzeźbą i pomnikiem pośrodku, obeszły go, a potem skręciły w niewielką uliczkę.

— Może coś tam było na miejscu domów, ale dopóki istnienie tego nie jest udowodnione, ludzie nauki nie mogą tego stwierdzić jako faktu. W przypadku Libuše to tylko piękne legendy, które Alois Jirásek świetnie wplótł w nurt odrodzenia narodowego. A propos działaczy! Wielu z nich pochowanych jest właśnie tutaj, na Cmentarzu Wyszehradzkim.

Dziewczyny wyszły na niewielki plac. Przed nimi wznosiły się arkady wielkiej neogotyckiej świątyni. Po lewej stronie za plotem chował się duży cmentarz otoczony arkadą. Między grobami krążyli turyści — zapewne szukali miejsca spoczynku samego Jiráska.

— Może między tymi grobami coś jednak zostało. Kto tam kopał, co? — nie ustępowała Delacroix.

— Prędzej uwierzę w wasze duchy niż w to, że coś tam się zachowało — z wątpliwością powiedziała Miriam.

— A ty, Clarice, wierzysz w duchy i magię? — Delacroix wzięła dziewczynę pod ramię i szepnęła cicho, rozglądając się wokół. — Mówią, że krążą tu duchy towarzyszek Libuše. Jest pod murami takie miejsce, gdzie trawa nigdy nie wysycha. Tam tańczyły i śpiewały oraz czesały jedwabiste włosy swojej księżnej.

— Wierzę w magię kawy — odpowiedziała Clarice. — Właśnie czuję jej zapach. Gdzieś tu jest kawiarnia, prawda?

Dziewczyny ruszyły w stronę niewielkiego domku z nadzieją posiedzenia w chłodzie. Miejsca w środku były jednak tylko po wcześniejszej rezerwacji, więc zaproponowano im stolik w cieniu na dziedzińcu. Delacroix i Miriam zamówiły herbatę, a Clarice — iced latte.

Gdy czekały na zamówienie, Clarice zaczęła grzebać w plecaku. Najpierw wyjęła aparat, potem niewielką kosmetyczkę, jakieś spinki, zegarek na łańcuszku i wiele innych rzeczy, wśród których znalazła się także przepustka ze skromnymi inicjałami GI i pająkiem na pajęczynie.

— GI? — zapytała Delacroix. — Pracujesz tam? Przecież nie jesteś z Czech?

— To międzynarodowa firma. Dopiero niedawno przenieśli mnie z Hongkongu, najpierw do Lwowa, potem do Warszawy, zresztą wyłądowałam tutaj, w Pradzę. Jestem konsultantką w pewnych sprawach, więcej powiedzieć nie mogę — tajemnica firmy, sami rozumiecie, biznes. Ale gdzie to jest… — dziewczyna niemal wsadziła głowę do plecaka. — O, jest!

Na stole pojawiła się niewielka teczka, z której dziewczyna wyjęła cztery bilety owinięte w broszury.
— Proszę! To dla was i waszych przyjaciółek.

Miriam i Delacroix patrzyły na bilety jak zahipnotyzowane, jakby leżał przed nimi prawdziwy skarb, a nie tylko kupa papieru, choć bardzo wartościowego. W milczeniu wyjęły portfele i rozliczyły się z Clarice.

Słońce chyliło się ku zachodowi i teraz prażyło jeszcze bardziej bezlitośnie. Choć herbata i kawa nieco zrekompensowały upał, dziewczyny postanowiły opuścić kawiarnię. Wróciły na plac przed kościołem i przeszły pod niewielką arką.

Libuše i Přemysl

— Chwileczkę — Miriam zaprowadziła dziewczyny do grupy rzeźbiarskiej stojącej naprzeciwko arkady. Kobieta z wyciągniętą ku górze ręką obejmowała siedzącego mężczyznę. — A tu właśnie pani Libuše i jej mąż Přemysl. Choć za czasów rządów Libuše wśród Czechów panowała wolność, zwłaszcza dla kobiet, wojownikom i patriarchom taki porządek się nie podobał. Spoglądali na sąsiednie plemiona germańskie, gdzie silna była władza męska. Ta ówczesna „elita” zaczęła naciskać na księżnę, by znalazła sobie męża, a im dała księcia. Zgodziła się i wysłała posłów, by znaleźli pewnego oracza. Dokładnie opisała tego mężczyznę. I, o dziwo, znaleźli go dokładnie tam, gdzie wskazała. Właśnie orał ziemię, a gdy wysłuchał prośby, puścił woły. Te poszły prosto ku skale. Wtedy Přemysl wbił laskę w ziemię i wyrosły z niej trzy zielone gałęzie, ale dwie uschły, a tylko jedna się rozrosła. Oznaczało to rozkwit rodu jego potomków. I powiedział, że odtąd będzie sądził według własnego sądu, a wszyscy mają go słuchać.

— No i to nie cuda?! — zauważyła Delacroix.

— A nie przypuszczasz, że mogli znać się wcześniej, a sprytna Libuše tylko ustawiła to spotkanie? A listki to jakiś trik — wtedy wystarczyło pokazać palcem i już było się magiem. Poza tym najpewniej te wszystkie piękne detale dodano później.

Wyszły ku winnicom, gdzie dojrzewały młode grona, minęły domek z inną kawiarnią i wspięły się na kolejny punkt widokowy w południowo-zachodnim narożniku twierdzy Vyšehrad. Na dole szerokim nurtem płynęła Wełtawa, a po drugiej stronie wznosiły się wzgórza.

— Mimo wszystko w czasach Libuše ludzie mieli dużo osobistej wolności, a gdy Libuše i Přemysl Oracz zmarli, otoczenie księżnej zbuntowało się przeciwko męskiej władzy i nowym „patriarchalnym” porządkom. Uciekli z Vyšehradu i wznieśli twierdzę Děvín. Stała tam, na tamtym wzgórzu po drugiej stronie. Ta góra nazywa się Dívčí hrady. A ten zrujnowany bastion na skale — Miriam wskazała ruiny budynku — to właśnie Łaźnie Libuše. Stąd zrzucała swoich rozpalonych kochanków do Wełtawy, żeby trochę ostygli. Choć w rzeczywistości to bastion twierdzy.

Łaźnie Libuše

— A jeszcze Libuše ukryła pod Vyšehradem sto, a może i tysiąc rycerzy! — opowiadała z drugiej strony Delacroix. — A wodnik, który siedzi pod górą w rzece, łapie topielców i robi z nich nowych rycerzy. Mówią, że za to dostał tytuł zwierzchnika wszystkich wodników Pragi. I gdy nadejdzie ciężka godzina i zły wróg, ci rycerze się obudzą i będzie wszystkim koniec! — patetycznie machnęła ręką.

Miriam nie powstrzymała uśmiechu. Dziewczyny spacerowały bastionami, aż dotarły do okrągłej romańskiej rotundy.

— Gdyby ta rotunda umiała mówić, opowiedziałaby nam wiele — Delacroix spojrzała na zegarek. — Ojej, naprawdę muszę spadać.

Zatrzymały się przy Bramie Leopolda obok rotundy, skąd płynęły dwa strumienie turystów — na Vyšehrad i z niego.

— A tak w ogóle, Clarice, jak ci się podoba Praga? — zapytała Miriam.

— 大好き!— powiedziała Clarice jak bohaterka anime. — To znaczy „bardzo kocham”. Jestem zakochana w tym mieście i, wybacz, Miriam, czuję tu magię na każdym kroku.

Delacroix objęła gościa:

— Nasza dziewczyna! Praga to miasto cudów — czekają na każdego, kto się w niej zakocha. Spotka cię dziś cud. Taki mały cudzik — niemal wyszeptała do ucha.

Pożegnały się. Clarice wyciągnęła aparat i wdrapała się na wał, by zrobić zdjęcia z lalką, a przyjaciółki ruszyły w stronę stacji metra Vyšehrad.

— Słuchaj — mówiła cicho Delacroix. — To jej GI należy do jakiegoś włoskiego mafiosa. Tata mi mówił. Jakaś transnarodowa spółka.

— To ona jest złodziejką? — Miriam prawie się zatrzymała. — Stąd te pieniądze na lalkę i wykupienie premium biletów w takiej ilości!

Delacroix wzruszyła ramionami, jakby mówiła „kto wie”.

— Złodziejka czy nie, a cud obiecałaś… — mruknęła Miriam przy wejściu do metra.

— Oj, już! — Delacroix uniosła ręce nad głową i trzy razy klasnęła. — Chodźmy szybciej, bo się tu zaraz usmażę!


Clarice postawiła lalkę na krawężniku — tym samym, na którym kilka godzin wcześniej z patosem przepowiadała wspaniałą i wielką przyszłość i tak już wspaniałej i wielkiej Pradze — i próbowała uchwycić ładny kadr tak, by znalazły się na nim jednocześnie mała modelka i Pražský hrad. Wychodziło średnio.

— Jaka piękna lalka! To pani?

Dziewczyna odwróciła się i najpierw zobaczyła żółtą, niczym żółtko jajka, sukienkę, potem książkę w rękach, następnie rudzawe włosy i wreszcie migdałowe oczy, które uważnie śledziły proces fotografowania. Na okładce książki złotymi literami błyszczał tytuł: „Alois Jirásek. Staré pověsti české”. Twarz i głos wydały się znajome, lecz okoliczności spotkania z tą kobietą ginęły w odmętach pamięci.

— Tak. Kupiłam ją na wystawie w zeszłym roku. Tutaj, w Pradze.

— Pewnie jest pani turystką?

— Nie do końca, jestem w trakcie długiej delegacji. A pani?

— A ja tu mieszkam. Tam, widzi pani tę kamienicę. Tam jest moje okno. Często tu przychodzę, żeby nacieszyć się pięknem mojego miasta.

Kobieta stanęła nieopodal, patrząc na Hrad.

— Prawda, że nasze miasto jest piękne? Kiedyś księżna przepowiedziała mu wielkość, choć trudno sobie wyobrazić, by jej fantazja mogła objąć gotyckie, renesansowe czy barokowe tony tego obrazu. Myślę, że miała na myśli po prostu drewnianą twierdzę i pod nią duże, równie drewniane osiedle. Choć kto wie, co widzą tacy ludzie jak ona… Wie pani, oni mają własną wizję i często potrafią wychwycić swoje fale, zobaczyć więcej niż my, zwykli ludzie.

— A pani — Clarice spojrzała na ręce kobiety. — Jest artystką? Ludzie twórczy też mają więź z wszechświatem.

— Po części. Jestem rzemieślniczką, która wykonała tę lalkę. Jakie imię jej pani nadała?

Clarice, która przykucnęła dla lepszego ujęcia, omal nie upadła — gdyby kobieta nie wyciągnęła ręki, wylądowałaby w trawie. Zerwała się na nogi, wzięła lalkę i podała jej rączkę kobiecie:

— Rzeczywiście, rozpoznaję panią. To Cordelia. A ja jestem Clarice.

Kobieta uścisnęła dłoń — najpierw właścicielki, potem lalki — uśmiechnęła się i powiedziała:

— A ja jestem Libuše. Libuše Kroková.


Mapa do opowiadania

Mapa do opowiadania Libuše

Liczby w kółkach.
1 — miejsce spotkania dziewcząt
2 — miejsce, gdzie Clarice przepowiadała wielkość Pragi, a potem fotografowała lalkę
3 — kawiarnia
4 — pomnik Libuše i Přemysla
5 — punkt widokowy z widokiem na Dívčí hrady
6 — miejsce pożegnania dziewcząt

Liczby w kwadratach.
1 — kaplica Matki Bożej na murach
2 — Cmentarz Wyszehradzki
3 — kościół św. Piotra i Pawła
4 — pomnik Libuše i Přemysla
5 — Łaźnie Libuše
6 — w tamtą stronę znajdują się Dívčí hrady
7 — rotunda św. Marcina
8 — Brama Leopolda prowadząca do stacji metra Vyšehrad

Coordy dziewczyn

Coord Delacroix

Jej strój to nowe ubrania, kupione w sam raz na lato, z wyjątkiem kaptura, który właśnie dodała.

JSK: Baby the Stars Shine Bright — Kira☆Kira Parfait JSK II, 2016, Sax

Bluzka: Emily Temple Cute — Stripe Blouse, 2016

Bonnet: Baby the Stars Shine Bright — Queen of Snow ~The White Kingdom From Which a Fairy Lands Gently~ Bonnet, 2012

Buty: offbrand

OTK: MILK — Cherry OTKs, 2015

Coodr Delacroix - 01

Coord Miriam

Jest to pierwszy coord tej dziewczynki, zakupiony w 2010 roku od kogoś innego.

JSK: Angelic Pretty — Polka Dot Princess JSK, 2007

Headbow — Tulle Ribbon Head Bow, 2007

Bluzka: Atelier Boz — Anne Blouse, 2005

Buty, szkarpety: offbrand

Coord Miriam - 01

Coord Clarice

SK: Atelier Boz — Freya Mini Skirt, 2015

Bluzka: Putumayo — Night Sky Embroidery Sailor Blouse (92 cm), 2015

Kokarda: Angelic Pretty — Twinkle Sky Head Bow, 2016

Buty: tea-party shoes, zakupione okazonalnie w Hongkonku

Skarpety: Alice and the Pirateds — A/P School Knee High Socks

Coord Clarice