„Kevin sam w domu”
Każdego roku mam swoją świąteczną tradycję – oglądam pierwszą część serii „Kevin sam w domu”, a kilka dni później drugą i trzecią. O tej ostatniej napiszę oddzielnie, a teraz przyjrzyjmy się dwóm pierwszym. O historii powstania tej serii napisano już wiele, podobnie jak o jej legendarnym statusie. Doskonałe połączenie aktorów, pracy reżyserskiej i operatorskiej, a także wspaniała ścieżka dźwiękowa uczyniły te dwa filmy klasykami na całe dekady. W niektórych krajach, na przykład w Polsce, stały się wręcz kultowe. Dlatego chciałabym podzielić się swoimi wrażeniami.
Krytyka serii „Kevin sam w domu”
Główny zarzut krytyków dotyczy brutalnych scen rozprawy z włamywaczami. Czasami wydają się zbyt brutalne – włamywacze powinni umrzeć na długo przed dotarciem w ręce policji, a Kevin, zamiast cieszyć się świętami Bożego Narodzenia, trafiłby do więzienia. W rzeczywistości można by nakręcić taką parodię alternatywnych wydarzeń z czarnym humorem i satyrą na społeczeństwo. Jednak kradzież uwagi Świętego Mikołaja jest niemal świętokradztwem, więc takie przypadki nie są mi znane.
Miłośnicy kina autorskiego i arthouse'u zarzucają filmom zbyt płaski humor, oparty głównie na gagach. Oczywiście Kevin i Buzz nie popisują się wyrafinowanymi żartami z głębokimi odniesieniami, ale nie są dziećmi arystokratów, a jedynie zamożnej rodziny klasy średniej z lat 80. Tak, lat 80., ponieważ pierwszy film miał premierę w 1990 roku, co oznacza, że widzimy obraz społeczeństwa końca poprzedniej dekady. Chłopcy żartują tak, jak robią to ich rówieśnicy w swoim środowisku. Co więcej, w drugiej części widać, że Buzz potrafi być elegancki, gdy tego wymaga sytuacja. Dlatego dziwi mnie, że w szóstej części uczyniono go… policjantem. Przynajmniej powinien powtórzyć sukces ojca i zostać zamożnym przedstawicielem klasy średniej.

Dobrze, zostawmy dziś krytykę.
Idea obu filmów
W rzeczywistości obie części są przesiąknięte bardzo wartościowymi ideami. Po pierwsze, to kino rodzinne, chociaż w pewnym sensie członkowie rodziny nie wspierają swojego najmłodszego przedstawiciela, często go lekceważąc, za co życie karze ich serią przygód. Pokazuje to wartość każdego członka rodziny, nawet tego najmniejszego.
Po drugie, w pierwszym filmie obserwujemy rozwój głównego bohatera – od lękliwego, kapryśnego dziecka do dojrzałego młodzieńca, zdolnego podejmować decyzje i brać na siebie odpowiedzialność. A to wszystko w wieku zaledwie 8 lat! Chłopiec broni swojego domu przed włamywaczami, a w drugiej części chroni sklep z zabawkami Duncana. Co prawda niszczy przy tym plac budowy w domu wujka, ale gdzieś musi stawić czoła złoczyńcom.
Po trzecie, filmy uczą pomagania innym. W pierwszej części Kevin pomaga sąsiadowi, panu Marleyowi, pojednać się z rodziną syna. W drugiej daje nadzieję samotnej kobiecie rozczarowanej życiem. W obu przypadkach osoby, którym Kevin pomógł, ratują go w trudnej sytuacji. Czyż nie jest to przesłanie, że dobro wraca? W drugiej części tę myśl powtarza także właściciel sklepu z zabawkami Duncan – najpierw wręcza Kevinowi parę gołąbków, a potem, dowiedziawszy się, kto uratował sklep przed kradzieżą, obdarowuje rodzinę McCallisterów prezentami.
Magia świąt
Niewątpliwym plusem obu części „Kevina samego w domu” jest magia świąt. A właściwie magia oczekiwania na Boże Narodzenie i cud, który musi się wydarzyć o poranku. Filmy są nakręcone w ciepłej tonacji, dzięki czemu wydają się otulać widza podczas wieczornego seansu. Czyż to nie zasługa świetnej pracy oświetleniowców, operatorów i montażystów? Porównajcie to z chłodnymi tonami trzeciej części, a zrozumiecie, dlaczego jest krytykowana (choć, moim zdaniem, to jeden z nielicznych jej minusów). Swoją magię mają zarówno ulica, przy której mieszkają McCallisterowie, jak i Nowy Jork, w którym Kevin wędruje w drugiej części.

Nie można nie wspomnieć o biednych włamywaczach. Ich interakcja opiera się na kontraście – bardziej rozgarnięty Harry i prostoduszny Marv. Ich dialog w samochodzie z rybami w drugiej części doskonale ich charakteryzuje. Jeden wyczuwa tylko zapach ryb, drugi – zapach wolności. Oboje są jednak na tyle naiwni, by paść ofiarą manipulacji dziecka.
Dlaczego warto obejrzeć „Kevina samego w domu”?
I tak kolejne święta minęły z Kevinową walką z mokrymi i lepkimi bandytami, Kevin znów został uratowany, a rodzice McCallisterowie ponownie przeszli próbę wspierania się w trudnych sytuacjach. I jeszcze jedno, drodzy czytelnicy – nie wyjeżdżajcie na święta do Miami, nic dobrego z tego nie wyniknie.
A tak w ogóle, czy tylko mi wydaje się, że „Kevin sam w domu” zawiera dziwne odniesienia do przyszłej serii „Harry Potter”, nad którą pracowali Chris Columbus i John Williams?

